Address
304 North Cardinal
St. Dorchester Center, MA 02124
Work Hours
Monday to Friday: 7AM - 7PM
Weekend: 10AM - 5PM
Address
304 North Cardinal
St. Dorchester Center, MA 02124
Work Hours
Monday to Friday: 7AM - 7PM
Weekend: 10AM - 5PM

Pamiętam doskonale sierpień roku tysiąc dziewięćset dziewięćdziesiątego trzeciego, bo właśnie wtedy skończyłem doroczny przegląd instalacji chłodniczych w Zachemie i wychodząc przez bramę zakładu od strony Łęgnowa, zastałem przed sobą tłum ludzi, którzy stali w bezruchu niczym na jakimś absurdalnym apelu. Most na ulicy Spornej był zamknięty. Stałem tam może dwadzieścia minut, patrząc na twarze swoich kolegów z wydziału technicznego, i myślałem sobie, że oto transformacja ustrojowa, o której tyle się czytało i mówiło, przybrała wreszcie postać jak najbardziej dosłowną i boleśnie fizyczną: rozpadający się most przez rzekę Brdę. Jednocześnie w mieście krążyły plotki o tym, że na Placu Teatralnym stanie McDonald’s, a nasi piłkarze z Zawiszy pojechali gdzieś do Szwecji kopać piłkę z Europejczykami. Trzy sprawy, jedno lato, jedno miasto. I właśnie dlatego piszę o tym teraz, bo uważam, że te trzy mikro-historie mówią o Bydgoszczy roku dziewięćdziesiąt trzeciego więcej niż niejeden opasły podręcznik do historii gospodarczej.
Rok tysiąc dziewięćset osiemdziesiąty dziewiąty otworzył drzwi, wszyscy to wiemy. Ale prawdziwa zmiana na poziomie miejskim, ta odczuwalna w codziennym życiu, przyszła z pewnym opóźnieniem. Bydgoszcz, miasto przemysłowe z Zachemem jako kręgosłupem, z aspiracjami kulturalnymi, których wyrazem była budowana mozolnie Opera Nova, i z ambicjami sportowymi, które właśnie próbowały zaistnieć w europejskich rozgrywkach, przeżywała latem roku dziewięćdziesiąt trzeciego coś, co śmiało nazwać można punktem węzłowym. Zapraszam więc do lektury kroniki tamtych dni, a razem z nią do refleksji nad tym, czym naprawdę jest transformacja, kiedy się ją ogląda nie z perspektywy sejmowej trybuny, lecz z rozkopanych bydgoskich ulic.
W roku tysiąc dziewięćset dziewięćdziesiątym trzecim Warszawa miała już swojego McDonald’s, otwartego rok wcześniej przy Świętokrzyskiej, i podobno Katowice również nie czekały długo na tę samą przyjemność. W Bydgoszczy zaś krążyły plotki, a może nawet coś więcej niż plotki, że i nasze miasto doczeka się tej sieciowej restauracji, i to w miejscu nader prestiżowym, bo na Placu Teatralnym. Rozumiem, że dla kogoś, kto nie przeżył tamtych lat, trudno jest pojąć, jaką wagę przykładano do takich zapowiedzi. Burgerowe bary z plastikowymi siedzeniami były wówczas symbolem, dowodem na to, że Polska wchodzi do Europy, że jesteśmy już po tej właściwej stronie historii. Sam byłem sceptyczny, bo przez trzydzieści lat obserwowania planów pięcioletnich i rozlicznych zapowiedzi inwestycyjnych wyrobiłem sobie zasadę ograniczonego zaufania wobec każdej deklaracji, która nie jest poparta dokumentem z pieczątką.
Zanim zrozumiemy, dlaczego McDonald’s nigdy nie stanął na Placu Teatralnym, warto poznać historię samego miejsca, bo to właśnie ona zadecydowała o losie inwestycji.
Plac Teatralny nie był nigdy miejscem prostym ani spokojnym. Przed drugą wojną światową stał tam Teatr Miejski, budynek o znaczeniu kulturalnym dla całego regionu, zniszczony w toku działań wojennych w sposób nieodwracalny. Po roku czterdziestym piątym pozostało puste miejsce i skomplikowane, wielowarstwowe kwestie własnościowe, których przez dziesięciolecia nie potrafił rozwiązać ani aparat władzy ludowej, ani, jak się okazało, aparat władzy demokratycznej. Paradoks polega na tym, że przez cały okres PRL ta nieuregulowana własność była problemem, ale przynajmniej nikt nie próbował tam stawiać komercyjnych obiektów, bo gospodarka planowa nie operowała takimi kategoriami. Kiedy zaś przyszedł rynek, okazało się, że działka, na której miał stanąć hamburgerowy lokal globalnej sieci, ma historię prawną tak zawiłą jak paragraf szesnasty regulaminu wewnętrznego naszego wydziału z roku siedemdziesiątego ósmego. Kontrowersje urbanistyczne i kwestie prawne dotyczące tej nieruchomości stały się bezpośrednią przyczyną fiaska planów z roku dziewięćdziesiąt trzeciego. Warto zapamiętać tę lekcję metodologiczną, którą eksperci od historii urbanistycznej powtarzają do dziś: zapowiedzi prasowe z wczesnych lat dziewięćdziesiątych zawsze trzeba zestawiać z rejestrem gruntów i księgami wieczystymi, bo nieuregulowana własność była najczęstszą przyczyną upadku hucznych planów inwestycyjnych tamtej epoki.
Wokół historii McDonald’s w Bydgoszczy narosło sporo nieścisłości, które warto raz na zawsze wyjaśnić na podstawie dostępnych danych.
Otóż, jak to nieraz bywa z miejskimi legendami, prawda jest prostsza i mniej ekscytująca od opowieści, które krążą przy okazji towarzyskich spotkań. Pierwszy McDonald’s w Bydgoszczy otwarto dopiero dwudziestego ósmego listopada roku tysiąc dziewięćset dziewięćdziesiątego piątego, a więc ponad dwa lata po tamtych planach z roku dziewięćdziesiąt trzeciego. Co istotne, nie przy Placu Teatralnym, lecz przy ulicy Jagiellońskiej i Rondzie Jagiellonów, w zupełnie innej części centrum. Bydgoszcz czekała na tę inwestycję dłużej niż Warszawa i dłużej niż Katowice, co w kontekście ówczesnych ambicji i aspiracji miasta brzmi jak gorzkie podsumowanie wielu niezrealizowanych planów. Dane historyczne możliwe do weryfikacji są w Archiwum Państwowym w Bydgoszczy oraz w zbiorach Pracowni Historii Bydgoszczy dla tych, którzy chcieliby sprawdzić, a nie przyjmować plotek za pewnik.
Dodam przy okazji, że Plac Teatralny doczekał się jakiegoś rozstrzygnięcia dopiero w roku dwa tysiące dwudziestym piątym, kiedy to ruszyła budowa czwartego kręgu Opery Nova i dwupoziomowego parkingu podziemnego. Ponad trzydzieści lat sporów o jeden plac w centrum Bydgoszczy. Gdybym powiedział o tym w roku siedemdziesiątym czwartym komukolwiek w Zachemie, uznałby mnie za fantastę.
Do tego lata wracam regularnie, bo zamknięcie mostu na ulicy Spornej odczułem na własnej skórze w sposób dosłowny i nieznoszący poetyckiej metafory. Latem roku tysiąc dziewięćset dziewięćdziesiątego trzeciego wyeksploatowana przeprawa przez rzekę Brdę na ulicy Spornej przestała być przejezdna i właśnie to zamknięcie stało się dla tysięcy bydgoszczan, a przede wszystkim dla pracowników Zachemu w Łęgnowie, problemem o bardzo konkretnym, codziennym wymiarze. Most stanowił kluczową arterię dojazdową i jego brak oznaczał paraliż komunikacyjny całej dzielnicy, wydłużenie drogi do pracy o czas nieraz trudny do zaakceptowania, chaos w rozkładach i improwizację tam, gdzie przez lata funkcjonował sprawdzony, choć skromny system.
Żeby zrozumieć, co tak naprawdę oznaczało zamknięcie mostu dla bydgoszczan, trzeba najpierw zrozumieć, czym był Zachem dla tysięcy rodzin z Łęgnowa.
Zakłady Chemiczne Zachem były przez dekady czymś znacznie więcej niż fabryką. Byłem tam przez ponad trzydzieści lat kierownikiem działu technicznego i mówię to z pełną znajomością rzeczy: Zachem był miastem w mieście. Własne osiedla, przychodnia, stołówka, sekcje sportowe, orkiestra, organizowane wycieczki. W czasie największego rozkwitu zakładu, mniej więcej w drugiej połowie lat siedemdziesiątych, kiedy gospodarka Gierka jeszcze nie upadała pod ciężarem własnych zobowiązań kredytowych, kombinat dawał zatrudnienie tysiącom ludzi z całej okolicy. Codzienność tych ludzi była ściśle, dosłownie fizycznie powiązana ze stanem miejskiej infrastruktury komunikacyjnej. Most na ulicy Spornej nie był przeprawą przez rzekę. Był elementem organizacji całego życia zawodowego, rytmem, który wyznaczał godzinę wstawania, trasę roweru i czas powrotu do domu.
Paradoks transformacji polega zaś na tym, że w roku dziewięćdziesiąt trzecim Zachem jeszcze działał, jeszcze zatrudniał ludzi, jeszcze był, a infrastruktura dookoła niego zaczęła się rozpadać szybciej niż ktokolwiek potrafił ją zastąpić. W epoce PRL most wyeksploatowany remontowano według planu, bo plan nie przewidywał improvizacji. Teraz plan nie istniał, a pieniędzy na sprawny remont nie było. To jest właśnie ta twarz transformacji, której nie widać na fotografiach z kolorowymi szyldfami zagranicznych sklepów.
Historia mostu na Spornej i Zachemu ma dwa epilogi, jeden infrastrukturalny i jeden ekologiczny, i oba są znacznie poważniejsze, niż mogłoby się wydawać w roku dziewięćdziesiąt trzecim.
Epilog infrastrukturalny jest przynajmniej optymistyczny: Mosty Kazimierza Wielkiego stanowią dziś nowoczesną przeprawę w pobliżu dawnej lokalizacji problematycznego mostu i w porównaniu ze starą, wyeksploatowaną konstrukcją jest to zmiana naprawdę godna odnotowania. Tym, którzy pamiętają tamten paraliż z lata dziewięćdziesiąt trzeciego, nowoczesne mosty wyglądają jak przykład rozsądnego planowania, choć przychodziły zbyt późno dla tych, którzy czekali przez wszystkie tamte lata.
Epilog ekologiczny jest już natomiast zupełnie bez żartów. Po upadku Zachemu okazało się, że kombinat pozostawił po sobie gigantyczne zanieczyszczenie chemiczne gruntu i wód podziemnych, uznawane za jeden z poważniejszych problemów ekologicznych w Polsce. Kiedy latem dziewięćdziesiąt trzeciego stałem przed zamkniętym mostem i myślałem o zakładzie, nie wyobrażałem sobie, że kilkanaście lat później teren, na którym pracowałem przez trzy dekady, stanie się przedmiotem wielomilionowych projektów remediacyjnych finansowanych przez rząd Rzeczypospolitej i Unię Europejską, a szczegółowe badania geologiczne będzie tam prowadzić Akademia Górniczo-Hutnicza z Krakowa. Prace remediacyjne trwają w latach dwa tysiące dwudziestych czwartym, dwudziestym piątym, dwudziestym szóstym i zapewne dalej. Anegdoty z lata dziewięćdziesiąt trzeciego roku nabierają w tym kontekście zupełnie innego, gorzkiego ciężaru. Dane o projektach remediacyjnych możliwe do weryfikacji w dokumentacji finansowanej przez rząd i Unię Europejską, a badania terenowe prowadzone przez Akademię Górniczo-Hutniczą w Krakowie są dostępne na stronie uczelni dla każdego, kto chce sprawdzić.
Latem roku tysiąc dziewięćset dziewięćdziesiątego trzeciego Bydgoszcz miała jednak powód do prawdziwej dumy, bo WKS Zawisza wystąpił w Pucharze Intertoto, znajdując się w Grupie Pierwszej tego rozgrywkowego cyklu. Dla polskich klubów tamtych lat każdy kontakt z europejską piłką był wydarzeniem rzadkim i cennym, czymś, na co kibice czekali z napięciem, bo czasy, kiedy polskie drużyny regularnie mierzyły się z zachodnią konkurencją, były odległym marzeniem, a nie bliską perspektywą. Zawisza zajął w swojej grupie drugie miejsce i to był wymierny sportowy sukces, o którym mówiło się w mieście z autentyczną satysfakcją.
Zanim ocenimy, ile wart był ten europejski epizod, warto przyjrzeć się, z kim Zawisza zmierzył się w tamtym lecie i jakie wyniki osiągnął.
W Grupie Pierwszej Pucharu Intertoto roku dziewięćdziesiąt trzeciego Zawisza mierzył się z Halmstads BK ze Szwecji, z Brøndby IF z Danii i z Jantrą Gabrowo z Bułgarii. Zestawienie samych w sobie znaczące: Brøndby IF było wówczas poważną siłą w europejskiej piłce, klubem regularnie obecnym w rozgrywkach kontynentalnych na poziomie wyraźnie wyższym niż to, do czego przyzwyczajona była polska liga tamtego okresu. Mecz wyjazdowy z Halmstads BK zakończył się porażką naszych jeden do dwóch, rozegrany na charakterystycznej, gęstej skandynawskiej murawie, do której polska jedenastka musiała się przyzwyczajać w biegu, dosłownie i w przenośni. Mimo tego Zawisza zakończył zmagania grupowe na miejscu drugim i to drugie miejsce należy traktować poważnie, a nie jako rodzaj pociechy.
Wokół Pucharu Intertoto z tamtych lat krąży popularne uproszczenie, które warto sprecyzować, bo różnica ma znaczenie dla oceny historycznego kontekstu.
Otóż Puchar Intertoto w roku tysiąc dziewięćset dziewięćdziesiątym trzecim nie był jeszcze pełnoprawnym turniejem UEFA w tym sensie, w jakim używamy tego określenia dziś. Do roku tysiąc dziewięćset dziewięćdziesiątego piątego miał status turnieju o mniejszym prestiżu formalnym, organizowanego w znacznej mierze dla potrzeb firm bukmacherskich, które potrzebowały meczów piłkarskich w letniej przerwie między sezonami, stąd zresztą nieoficjalna i całkiem trafna nazwa Pucharu Lata. Pełny, oficjalny status rozgrywek UEFA Puchar Intertoto uzyskał dopiero w roku dziewięćdziesiąt piątym, a więc dwa lata po epizodzie Zawiszy. To rozróżnienie warto znać i pamiętać, bo nieraz słyszę, jak ktoś opowiada o europejskim turnieju UEFA tak, jakby chodziło o Ligę Mistrzów, co jest pewnym nadużyciem.
Jednocześnie nie chcę przez to powiedzieć, że udział Zawiszy nie miał wartości. Wręcz przeciwnie. Dla polskich klubów roku dziewięćdziesiąt trzeciego Puchar Intertoto, niezależnie od jego formalnego statusu, był rzadkim i cennym oknem na europejską rywalizację. Wartość praktyczna była realna: zawodnicy grali z rywalami z innego poziomu, klub nabywał doświadczeń organizacyjnych, a kibice mogli śledzić coś, co przekraczało granice ligi krajowej. Dane o udziale Zawiszy weryfikuje Kujawsko-Pomorski Związek Piłki Nożnej, a status samego Pucharu Intertoto przed rokiem dziewięćdziesiąt piątym potwierdzają archiwa UEFA.
Transformacja ustrojowa to nie była jedna wielka zmiana, którą można by umieścić w jednym okrągłym zdaniu dla encyklopedii. To były tysiące nakładających się na siebie mikro-procesów, często wewnętrznie sprzecznych, rozgrywanych jednocześnie, w różnych skalach i z różnymi skutkami. Bydgoszcz latem roku tysiąc dziewięćset dziewięćdziesiątego trzeciego była tego doskonałym przykładem: miasto aspirowało i jednocześnie się rozpadało, marzyło i zmagało ze skutkami kilku dekad zaniedbań i planowania, które nie przewidywało tego, co miało przyjść. Wspólnym mianownikiem McDonald’s, mostu i turnieju było jedno: zderzenie zachodnich aspiracji z postkomunistyczną rzeczywistością.
Gdy zestawimy ze sobą Plac Teatralny, most na Spornej i boisko w Szwecji, wyłania się jeden konsekwentny obraz, obraz Bydgoszczy jako miasta na rozstaju, które próbowało jednocześnie być Zachodem i ciągle radziło sobie ze spuścizną PRL.
McDonald’s to symbol zachodniego kapitału, który utknął na nieuregulowanych gruntach, których historia prawna sięga czasów drugiej wojny światowej i zniszczonego Teatru Miejskiego. Most na Spornej to postkomunistyczna infrastruktura rozpadająca się szybciej niż można ją było zastąpić w warunkach, gdy plan przestał istnieć, a środków publicznych na sprawne zarządzanie majątkiem brakowało. Intertoto zaś to okno na Europę istniejące, otwarte, ale z ograniczonym prestiżem formalnym, podobnie zresztą jak wiele innych okien tamtych lat, które wyglądały efektownie, lecz nie zawsze prowadziły tak daleko, jak obiecywały. Wspólna lekcja metodologiczna jest prosta i konkretna: wiarygodna historia transformacji wymaga nieustannego zestawiania entuzjastycznych zapowiedzi prasowych z późniejszymi rejestrami gruntów, aktami ksiąg wieczystych i dokumentacją archiwalną. Tylko wtedy można odróżnić to, co naprawdę się wydarzyło, od tego, co tylko miało się wydarzyć.
Dla porównania, bo takie porównania lubię przywoływać: w epoce, którą dobrze pamiętam, a mianowicie w połowie lat siedemdziesiątych, kiedy gospodarka Gierka działała jeszcze na kredycie zachodnim i pozwalała sobie na pewien rozmach, infrastruktura miejska Bydgoszczy była zarządzana według logiki planowej, która miała swoje wielkie wady, ale przynajmniej nie dopuszczała do sytuacji, w której most przez główną rzekę zamyka się bez natychmiastowego planu zastępczego. Nie mówię, że tamten system był lepszy. Mówię, że transformacja miała swoje koszty, które często ponosili najbardziej ci, którzy mieli na nie najmniejszy wpływ.
Każda z trzech historii ma swój współczesny epilog i żaden z nich nie jest banalny.
Plac Teatralny w roku dwa tysiące dwudziestym piątym jest placem budowy czwartego kręgu Opery Nova i dwupoziomowego parkingu podziemnego. Po ponad trzech dekadach sporów, planów, kontrplanów i kolejnych fiask inwestycyjnych, miejsce to wreszcie doczekało się trwałego, sensownego zagospodarowania. To dobra wiadomość dla Bydgoszczy i dla kultury, którą Zygmunt Bromski zawsze szanował bardziej niż fast-food.
Zachem i most na Spornej: remediacja terenów po dawnym kombinacie trwa i będzie trwała przez lata dwudzieste dwudziestego pierwszego wieku, finansowana przez rząd Rzeczypospolitej i Unię Europejską. Mosty Kazimierza Wielkiego zastąpiły starą przeprawę. Miasto się modernizuje, choć cena, jaką zapłaciła bydgoska ziemia i bydgoska woda za dekady przemysłu chemicznego, jest wysoka i długoterminowa.
Zawisza i Intertoto: klub i miasto przeszły od tamtego bukmacherskiego turnieju długą i nieraz bolesną drogę przez kolejne sezony, awanse, spadki i reorganizacje polskiej piłki nożnej. To temat na osobny artykuł, a może i na całą serię.
Historia Bydgoszczy z roku dziewięćdziesiąt trzeciego jest, jak sądzę, doskonałym case study zjawiska szerszego niż jedno miasto i jeden rok. Wiele polskich miast ma podobne białe plamy w historii swoich inwestycji: huczne zapowiedzi z wczesnych lat dziewięćdziesiątych, które gdzieś się rozwiały, i popularne mity, które je zastąpiły. Przykład McDonald’s na Placu Teatralnym pokazuje, jak łatwo plotka zastępuje fakt i jak długo potrafi funkcjonować w obiegu publicznym, zanim ktoś zadał sobie trud weryfikacji. Kolekcjonuję stare numery Expressu Bydgoskiego i Gazety Pomorskiej z tamtych lat i nieraz, przeglądając je, napotykam zapowiedzi, których skutków próżno szukać w rzeczywistości.
Eksperci zajmujący się historią urbanistyczną polskich miast wypracowali sprawdzoną metodę oddzielania zrealizowanych inwestycji od hucznych, ale niezrealizowanych planów z wczesnych lat dziewięćdziesiątych.
Wracam myślami do tamtego sierpniowego popołudnia przed zamkniętym mostem na ulicy Spornej i myślę sobie, że lato roku tysiąc dziewięćset dziewięćdziesiątego trzeciego było dla Bydgoszczy czymś, co można by określić jako soczewkę. Skupiło w jednym punkcie wszystkie sprzeczności i napięcia tamtego czasu: aspiracje i ograniczenia, nadzieje i infrastrukturalne bankructwo, europejskie ambicje i postkomunistyczne realia.
Trzy mikro-historie z jednego lata tworzą razem obraz znacznie pełniejszy niż każda z nich osobno. McDonald’s na Placu Teatralnym, który nigdy nie powstał. Most na Spornej, który zamknął drogę tysiącom ludzi. Zawisza w europejskim turnieju, który okazał się nieco mniej oficjalny niż się mówiło. Każda z tych historii ma swój mit i każdy mit wymaga korekty.
Dwa kluczowe fakty do zapamiętania i przekazania dalej: pierwszy McDonald’s w Bydgoszczy otwarto dwudziestego ósmego listopada tysiąc dziewięćset dziewięćdziesiątego piątego roku przy ulicy Jagiellońskiej i Rondzie Jagiellonów, a nie w roku dziewięćdziesiąt trzecim i nie na Placu Teatralnym. Puchar Intertoto roku dziewięćdziesiąt trzeciego nie był zaś pełnoprawnym turniejem UEFA, bo ten status organizacja ta przyznała rozgrywkom dopiero w roku dziewięćdziesiąt piątym.
Epilogi trzech historii są dziś widoczne w tkance miasta: Plac Teatralny to plac budowy czwartego kręgu Opery Nova i dwupoziomowego parkingu, Mosty Kazimierza Wielkiego zastąpiły starą przeprawę, a remediacja terenów po Zachemie pochłonie jeszcze wielkie środki publiczne i wiele lat pracy. Bydgoszcz roku dziewięćdziesiąt trzeciego była miastem aspiracji i ograniczeń jednocześnie. Właśnie dlatego tamto lato warto pamiętać i o nim pisać.
Jeśli ktoś z Państwa posiada własne wspomnienia z tamtego lata, własne kartki z kalendarza roku dziewięćdziesiąt trzeciego, serdecznie zapraszam do komentarzy poniżej. Chętnie je przeczytam. Dla chcących pogłębić temat polecam zasoby Archiwum Państwowego w Bydgoszczy i Pracowni Historii Bydgoszczy, gdzie historycy chętnie pomogą w weryfikacji wspomnień i legend miejskich.